niedziela, 26 stycznia 2014

pierwszy zgon

Nie chcę dramatyzować, ale dziwnie się czuję.

Dwa dni temu pierwszy raz byłam na konkretnej, sensownej akcji. Pomagaliśmy pogotowiu w reanimacji. Mimo początkowo stwierdzonego zgonu panią udało się zresuscytować (wróciło jej tętno, oddychał za nią respirator). Byliśmy zadowoleni po udanej akcji. Pierwsze uratowane życie. Satysfakcja i spokój po dobrze wykonanej pracy.

Dziś dowiedziałam się, że ta pani zmarła w szpitalu. Nie jest mi łatwo. Wiem, że "mówi się trudno", "straty muszą być", "odetnij emocje, nie myśl o poszkodowanych", ale trzymałam w rękach jej twarz, byłam świadkiem jej śmierci i powrotu, a teraz okazuje się, że jej nie ma, że odeszła.

Zaczęły mnie nachodzić myśli, czy nasze działania w ogóle miały sens... Bo skoro ona i tak nie żyje, to mogliśmy poprzestać, kiedy pierwszy raz nam się zatrzymała i nie chciała wrócić.

Z drugiej strony, chyba człowiek zawsze ma nadzieję, że uda się uratować czyjeś życie, że jest sens walczyć do końca. Pojawia się też świadomość, że nie jest się Bogiem i nie panuje się nad życiem i śmiercią. Nie ma się monopolu na te decyzje.

Podczas tej akcji modliłam się pierwszy raz od dłuższego czasu. Prosiłam Szekoro-Pojętego-Boga, żeby pozwolił tej kobiecie żyć, choćby przez dzień czy dwa, żeby dał szanse rodzinie, by się z nią pożegnała, przygotowała (o ile w ogóle możliwe) na jej odejście. Chyba mogę powiedzieć, że zostałam wysłuchana. Ale jednak jest we mnie morze smutku, że ta sytuacja skończyła się tak, a nie inaczej. Że mimo iż robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, to koniec końców nie udało się pani uratować.

Z drugiej strony, wiadome było, że po tak długiej akcji pani długo nie będzie żyła. Mogłam sama się też przygotować na jej odejście.

Chyba nie chciałam wiedzieć, jak się skończyła jej sprawa. Wolałam poprzestać na tym, że wykonaliśmy dobrze nasze zadania, pani miała szansę otrzymać kompleksową pomoc medyczną w szpitalu i co dalej chciałam pozostać w niewiedzy....

Stało się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz