Naprawdę zaczynam się o siebie martwić... Znów zmiana nastroju. Może nie ma euforii, ale jakaś taka zgoda na to, co będzie. Nie ja pierwsza i nie ostatnia jestem na erazmusie nie znając języka...
Dziś Ewa weszła do mnie do pokoju, kiedy płakałam. Usiadła, spokojnie porozmawiała, wyciągnęła na spacer. Cieszę się, że jesteśmy tu razem. Polazłyśmy nad rzekę, bo tam jeszcze do tej pory nie dotarłyśmy. Widok średni, bo było już ciemno, więc naszą wycieczkę powtórzymy za dnia. Wracając, na Plaza Mayor podszedł do mnie koleś przebrany za hot-doga, uklęknął, chwycił mnie za rękę i powiedział, że zachwycił się moją urodą i czy nie pozwoliłabym mu być moim hot-dogiem... :P Potem siedzący nieopodal hiszpańscy młodzieńcy zaczęli klaskać i gratulować ;) Poszłyśmy dalej. Chodziłyśmy kolejny raz tymi samymi uliczkami, minęłyśmy naszą ulubioną kawiarnię i stwierdziłyśmy, że trochę zgłodniałyśmy. Poszukałyśmy restauracji WOK, bo zachciało nam się chińszczyzny. Jejuuuu... co to była za uczta?! Nadal nie mogę oddychać z przejedzenia...... Dziś był otwarty bufet, więc naładowałyśmy sobie wszystkiego po trochu :) Ach, jednak jak się człowiek naje, to świat jest piękniejszy :)
Ewa kupiła wczoraj wagę. Zaczynamy wielkie odchudzanie - mimo wszystko! ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz