piątek, 21 września 2012

lento, lento....

Było warto wyjść z tych jakże pięknych, ale jednocześnie jakże dołujących czterech ścian! :)
Pierwszy erazmusowy rajd po barach tapas - zaliczony!
I znów sprawdza się powiedzenie: "Miej wyjebane, a będzie ci dane"... Szłam z nastawieniem: "ok, najem się, napiję i wracam". Tak prawie było, z tym że już w pierwszym barze zagadało nas dwóch Włochów, potem dołączyło trzech Francuzów, Polka i dwie Hiszpanki. No ale właśnie - poznałam rewelacyjnego Włocha!!!! Boże.. jak nie Włoch! :P Simone jest strasznie spokojny i radosny bez tej całej włoskiej rozpierduchy. Jedyny jego "minus" to to, że nie mówi po angielsku... Tylko po włosku (co jest oczywiste) i po hiszpańsku. I moi drodzy - rozmawiałam z nim prawie cały wieczór!!!!!! Nie wiem jakim cudem!!!! :) Powiedział mi, że to jest normalne, że nie mówię płynnie, skoro jestem tu dopiero od kilku dni, ale że jak na rok nauki, mówię bardzo dobrze :) Jakoś tak podniosła mi się moja lingwistyczna samoocena ;) haha xD



A tak na marginesie, Robak miał rację w dwóch kwestiach... że dziś zacznie podobać mi się Salamanka i że to miasto WYMUSZA wychodzenie na imprezy... Nie sposób zostać w domu... Nie warto.... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz